17 kwietnia, piątek
Przez lekko uchylone okno wpadały pojedyncze promienie księżyca, oświetlając kawałek podłogi, na którym Yao bawił się kłębkiem wełny. Podrzucał go łapami, chwytał, po czym gwałtownie odskakiwał, by od nowa zacząć polowanie. Connie uniosła głowę znad pergaminu i uśmiechnęła się, widząc kocie przedstawienie. Oprócz jego syków, słychać było tylko trzaski spalającego się powoli knota świecy oraz równe, spokojne oddechy śpiących koleżanek. Connie nie widziała ich twarzy, bo światło migotliwego płomyka nie zataczało tak wielkiego kręgu, jednak mogła je sobie wyobrazić.
Drgnęła, gdy mocniejszy powiew wiatru otworzył szerzej okno, wtargnął do pokoju i poderwał do lotu kartki z biurka. Yao ruszył za nimi w pogoń, po kolei przygważdżając je do dywanu. Już miała wstać, by posprzątać, kiedy przypomniała sobie czym były owe pergaminy ze śladami nocnej aktywności kocura. Wypracowanie Pauli. Miała ciekawsze rzeczy do roboty. Spojrzała na listę i ołówkiem zaznaczyła kolejne zaklęcie. Zostało jej jeszcze Protego i tajemnicze Expecto Patronum. Tarczy nie mogła ćwiczyć bez przeciwnika, ale nadanie jej barwy, tak, by zapewnić sobie pewność co do jej obecności, nie powinno stanowić problemu. Sięgnęła po podręcznik zaklęć, gdy jej wzrok zahaczył o budzik. Mały, złośliwy elf, który o ustalonej godzinie ciągnął za włosy właściciela aż do chwili zupełnego przebudzenia, spał smacznie w budce obok tarczy. Connie poprawiła jego kołderkę i spojrzała na wskazówki. Dochodziła druga. Postanowiła zająć się rano ostatnimi dwoma pozycjami z listy. Przeciągnęła się, wepchnęła różdżkę do kieszeni szlafroka i zdmuchnęła płomyk świecy. Zaskrzypiała podłoga i drzwi na schody otworzyły się. Yao nie zwrócił na to uwagi. Przyłożył łepek do podłogi, wyprostował tylne łapy i machając ogonem, szykował się do kolejnego skoku.
***
Connie ostrożnie przemierzała kolejne, pogrążone w ciemności korytarze. Księżyc zasłoniły czarne chmury, więc nawet promień zimnego, srebrzystego światła nie oświetlał jej drogi. Starała się nie myśleć, co może kryć się w cieniu, ale uciążliwy lęk natarczywie powracał, wywołując gęsią skórkę na całym ciele. Kilkakrotnie zatrzymywała się z myślą o powrocie do ciepłego, bezpiecznego dormitorium, ale szła dalej, gdy przypominała sobie wykrzywione złością twarze innych uczniów. Chęć udowodnienia im, że się mylą, zagłuszała ciche uczucie zagrożenia. Napięła wszystkie mięśnie i drgała na chociażby najmniejszy szelest, mogący świadczyć o zbliżającym się niebezpieczeństwie. Nie mogła pozwolić sobie na błąd. Jeżeli po raz kolejny ją złapią, wyrzucą ją ze szkoły. Na samą myśl o tym poczuła się jeszcze bardziej podle. Potter musiał zdobyć dowody przeciwko niej, bo za każdym razem, gdy na nią patrzył, miał w oczach tryumf. Zacisnęła zęby ze złości i westchnęła głęboko. Otworzyła szeroko oczy, gdy jej oddech zmienił się w parę. Pogrążona w refleksjach na temat własnej niechęci nie zauważyła nagłego chłodu. Zadrżała, kiedy zdała sobie sprawę z tego, co to oznacza. Delikatny powiew wiatru przyniósł ze sobą smród zgnilizny. Wciągnęła go głęboko w płuca, wiedząc, że muszą znajdować się niedaleko. Bliżej, niż zazwyczaj. Słuch miała wyostrzony do granic możliwości, ale nie dochodził do niej żaden dźwięk. Jeszcze mogła im uciec. Zaczęła biec, starając się robić jak najmniej hałasu. Mroźne powietrze piekło w płuca i wysuszało gardło, wywoływało łzawienie podrażnionych oczu. Nie zdążyła przebiec nawet kilku metrów, kiedy do jej uszu doszły ciche, chrapliwe oddechy, gdzieś za jej plecami. Poruszali się szybciej niż się tego spodziewała. Nigdy do tej pory nie podążali za nią, choć już kilkakrotnie odczuwała zimno, właściwe ich obecności. Zmusiła się do większego wysiłku, choć wiedziała, że nie miało to sensu. Skończy jak Filch, płacząc ze strachu przed nieznanym jej zagrożeniem. Zagryzła zęby, ignorując prawie zwierzęcy, ślepy strach. Szelest peleryny, rozwiewanej pędem powietrza przeraził ją jeszcze bardziej. Z głębi piersi wyrwał jej się krótki jęk, gdy nagle ponownie znalazła się w laboratorium dziadka, oświetlonym błękitnymi płomykami kilku świec. Otoczyła ją miękkość, gdy światło wybuchło gwałtowną jasnością. Oślepiło ono Connie na tyle skutecznie, że nie otwierała oczu nawet wtedy, gdy znikło.
- Już po wszystkim - mruknął z zażenowaniem męski, niski głos. Dziewczyna otworzyła oczy i przekonała się, że miękkość była przodem szaty młodego czarodzieja, w którego wtulała się na środku korytarza. Zesztywniała gwałtownie i odsunęła się na stosowną odległość. Nadal drżała, rozglądając się uważnie po korytarzu. - Dobrze się czujesz?
Pokręciła głową i niemal syknęła, gdy napięte mięśnie zaprotestowały przeciwko tak gwałtownym ruchom. Nadal nie mogła się rozgrzać po spotkaniu z dziwnymi istotami, mimo że zniknął cały chłód, jaki ze sobą przywiodły. Objęła się ramionami, pociągając nosem. Przed oczyma ciągle miała laboratorium dziadka i scenę sprzed dziewięciu lat. Miała nadzieję, że wyparła to wspomnienie z pamięci, ale myliła się – barwy, zapachy, dźwięki były intensywne, jakby zaczęło się to przed chwilą i jeszcze nie skończyło.
- Myślę, że przydałaby ci się filiżanka gorącej herbaty. Skrzaty chyba jeszcze nie śpią - powiedział nagle, czym sprowadził ją spowrotem do Hogwartu. Zamrugała kilkakrotnie, by odgonić natrętny obraz, po czym ruszyła za nim. Emanował dziwnym ciepłem i spokojem, co sprawiło, że Connie lekko się odprężyła, dając wytchnienie mięśniom. Powoli ciepło ogarniało całe jej ciało, wypierając resztki strachu. Usilnie pomagała mu, zajmując myśli zapamiętywaniem drogi. Kiedy nieznajomy zaprowadził ją do jasnej, pustej o tej porze kuchni, po przerażeniu pozostało jedynie wspomnienie. Coraz bardziej odległe, nierzeczywiste. Skupiła całą swoją uwagę na teraźniejszości. Gdy chłopak prosił dyżurującego skrzata o herbatę, Connie przyjrzała mu się uważnie. Wyglądał na dwadzieścia, może dwadzieścia kilka lat. Szczupły i wysoki, dość dobrze zbudowany. Najwyraźniej wyczuł jej ciekawość, bo spojrzał na nią, uśmiechając się sympatycznie. Jasna grzywka opadała porządnie na szerokie, łagodne brwi. Zielone oczy, trochę za duży nos i śmiesznie małe usta sprawiały miłe wrażenie. Również przyglądał jej się z zainteresowaniem, kiedy siadali przy najbliższym stole.
- Co to było? - zapytała Connie, mimowolnie drgając na wspomnienie chłodu i dziwnego uczucia smutku, które ogarniało ją, gdy tylko te istoty znajdowały się w pobliżu. Skuliła się na krześle, podciągając kolana pod brodę i odetchnęła głęboko, starając się pozbyć wrażenia dziwnej, lepkiej mgły, wypełniającej jej płuca i ciężaru, uciskającego mostek.
- Dementorzy - mruknął ponuro, zwieszając głowę. Nagle spojrzał na nią uważniej, marszcząc brwi. Spuściła głowę, zakrywając włosami twarz. Dopiero teraz zaczęła się zastanawiać, kim był nieznajomy. Na pewno nie należał do grona pracowników szkoły, a tym bardziej do uczniów. Przypomniała sobie pogłoskę, usłyszaną niedawno, jakoby Potter miał sprowadzić do szkoły aurorów. – Ty jesteś Connie, prawda? Opis wyglądu pasuje, ale charakter jakby nie ten...
- Ted Lupin – mruknęła nagle dziewczyna, podnosząc głowę. W wakacje czytała artykuł o świeżo mianowanych aurorach, opatrzony zdjęciem trzech osób – dwóch mężczyzn i kobiety. Jednym z nich był właśnie chłopak siedzący tuż obok. Miał odrobinę dłuższe włosy, ale nie mogła się mylić - kolejna osoba z bliskiego otoczenia Pottera. Nagle poczuła się zmęczona tym wszystkim.
- Obawiam się, panie Lupin, że muszę już iść. Dziękuję bardzo za ratunek, ale niestety herbatę wypije pan sam. Dobranoc - powiedziała. Spoglądał na nią ze zdziwieniem, kiedy szła w stronę drzwi. Nawet teraz wyglądał miło, co wprawiło Connie w jeszcze gorszy nastrój. Powstrzymała się jednak od trzaśnięcia drzwiami, uznając to za zbyt dramatyczne.
***
- Mój ojciec prosi cię do swojego gabinetu - powiedział James Potter, zjawiając się przy stole Krukonów podczas śniadania. Connie słyszała wyraźnie zadowolenie w jego głosie, więc postanowiła zrobić wszystko, by tylko wyprowadzić go z równowagi. Ze stoickim spokojem czytała "Techniki obrony niewerbalnej" pani Poe, nie zwracając na niego uwagi. Wytrzymał tylko kilkanaście sekund. - Nie słyszałaś? Masz iść do gabinetu mojego ojca!
Connie spojrzała na niego z ironicznym rozbawieniem. Młody Potter najwyraźniej zapomniał, że najlepszym sposobem na to, by czegoś nie zrobiła, było użycie trybu rozkazującego. Teraz również odwróciła się z powrotem do stolika i kontynuowała jedzenie jajecznicy, ignorując ciekawskie spojrzenia innych uczniów.
- Czy ty jesteś głucha, czy głupia? Masz natychmiast iść do gabinetu mojego ojca! - warknął James, tracąc cierpliwość. Connie odczuła dziką radość z tego malutkiego zwycięstwa. Nawet nie spodziewała się, że zdenerwowanie Pottera sprawi jej taką przyjemność. Powoli odwróciła się do niego.
- Zmuś mnie - rzuciła cicho, patrząc na niego wyzywająco. W Wielkiej Sali, gdzie siedzieli nauczyciele nie mógł nic jej zrobić, z czego oboje doskonale zdawali sobie sprawę. Zresztą Connie z radością odpowiedziałaby na atak, gdyby tylko udało się go jej sprowokować. Sytuacja była patowa, bowiem żadne nie chciało odpuścić.
- Potter, daj jej chociaż zjeść w spokoju - mruknęła Emma poirytowanym głosem. Nie tylko Connie spojrzała na nią ze zdziwieniem. Już samo to, że zwróciła się do Jamesa po nazwisku wzbudziło zainteresowanie. Do tego ten ton. Rohan jednak wolałaby sama to załatwić. Postanowiła, że dorwie Pottera zanim wyjedzie, bo to, że ją wyrzucą uznała za rzecz pewną. Zdusiła w sobie uczucie przykrości, by nie zacząć użalać się nad sobą. - Możesz iść. Connie sama trafi.
Potter mruknął coś pod nosem i odszedł z dziwną miną w stronę stołu Gryffindoru. Connie wróciła do swojej jajecznicy. Wyglądało na to, że ma jednak w tej szkole sojuszników. Po chwili stwierdziła jednak, że i tak jej to nie pomoże w tym momencie.
***
Emma odprowadziła ją bez słowa aż pod gabinet nauczyciela. Zanim Connie zapukała, uścisnęła pocieszająco jej dłoń. Wiedziały obie, jakie skutki mogła mieć ta wizyta. Drzwi otworzyły się i Rohan weszła do środka. Wzrok wszystkich w pokoju zwrócił się w jej stronę. Dostrzegła wśród nich zgarbioną ze starości profesor McGonagall, która patrzyła na nią z troską, kilku nauczycieli, pana Rona Weasleya, pana Pottera i Lupina, uśmiechającego się do niej dyskretnie. Reszty nie znała, ale spodziewała się, że są aurorami. Natychmiast najeżyła się, spodziewając się najgorszego.
- Może usiądziesz, dziecko? Napijesz się czegoś? - zapytała uprzejmie pulchna czarownica o ciemnych włosach splecionych dookoła głowy w koronę. Connie grzecznie podziękowała, ale wolała stać. W ten sposób przynajmniej miała wrażenie, że kontroluje sytuację, co dodawało jej odrobinę pewności siebie.
- Connie, podobno wczoraj po raz kolejny złamałaś punkt regulaminu szkolnego i nocą opuściłaś dormitorium. Czy to prawda? – Connie posłała Lupinowi niechętne spojrzenie, ale uparcie milczała. Ciemnowłosa czarownica posłała jej uśmiech, lecz nie wszyscy byli tak wyrozumiali. Spodziewała się, że niektórzy porządnie się nadenerwują w ciągu następnych kilkunastu minut i myśl ta sprawiała jej dziwną radość.
- Odmawiam odpowiedzi na to pytanie – odparła sucho, a tłum zaszemrał cicho. Ron Weasley kaszlem próbował zamaskować śmiech, ale jednocześnie posłał Connie rozbawione spojrzenie, jakby doskonale wiedział, co odpowie i w pełni to popierał. Jego żona spojrzała na niego z przyganą.
- Ona jest bezczelna - mruknął gniewnie niewielki czarodziej, za co otrzymał ostre spojrzenie od profesor McGonagall. Dyrektorka najwyraźniej postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce. Wyprostowała się, na co większość osób zamilkła. Reszta równie szybko się opanowała. Connie natychmiast odechciało się śmiać.
- Connie, chcemy tylko potwierdzić pewne fakty. Nie utrudniaj nam tego. Możesz dysponować wieloma przydatnymi informacjami, które pomogą nam w znacznym stopniu. Przecież chcesz tego - zaczęła, podchodząc do niej bliżej. Z odległości zaledwie kilku stóp doskonale mogła dojrzeć jej minę – zaciśnięte mocno wąskie usta i chłodny wyraz oczu. Gdy już nikt z pozostałych nie mógł dokładnie widzieć jej twarzy, spojrzała na nią z niepokojem i troską, a Connie instynktownie poczuła, że McGonagall będzie się starała wyciągnąć ją z tego jak najmniejszym kosztem. Mimowolnie kiwnęła głową, zgadzając się na wszystko. - Jak często opuszczałaś swoje dormitorium nocą od dnia wypadku pana Filcha? Proszę, żebyś odpowiedziała.
- Co noc - wyznała Krukonka niechętnie, zdając sobie sprawę z tego, że konsekwencje mogą być rozmaite. Tłum ponownie zaszumiał. Pan Weasley gwizdnął z podziwem, ciemnowłosa kobieta zaśmiała się cicho, widząc oburzoną minę niewielkiego czarodzieja, który wyraził swe zdanie o bezczelności Connie. Nastroszył białe wąsy i poczerwieniał gwałtownie na twarzy. Dziewczynie zdawało się, że przez usta McGonagall przemknął nikły uśmiech.
- Będziemy musiały o tym porozmawiać. Czy za każdym razem spotykałaś dementorów? - Kolejne pytanie odrobinę zaskoczyło dziewczynę. Spodziewała się raczej przesłuchania w sprawie jej potencjalnego parania się czarną magią. Jednak po reakcji ludzi domyśliła się, że po to ją wezwano. Wszyscy napięli się w oczekiwaniu, choć starali się nie dać tego po sobie poznać. Uniosła delikatnie brwi.
- Nie. Pojawiają się mniej więcej trzy, czasem cztery razy w tygodniu. Zazwyczaj między dwunastą, a pierwszą. Tylko raz zdarzyło się, że przybyli później - odpowiedziała ze zdziwieniem. Niektórzy pokiwali głowami, jakby zgadzało się to z ich podejrzeniami. McGonagall podziękowała jej za przyjście i poprosiła ją o opuszczenie gabinetu. Pożegnała się z nimi uprzejmie, ale tylko pan Weasley, ciemnowłosa kobieta i Lupin zareagowali na to. Inni szeptem wymieniali uwagi.
Na zewnątrz czekała Emma. Na jej pytające spojrzenie Connie tylko wzruszyła ramionami.
- Chyba zostaję.
Krótko i dziwnie szybko. Mała Ygrek
Mała Ygrek
Nastrój:
tagi: